Ewangelia wg św. Jana rozdział 3

J 3, 1-8

Był wśród faryzeuszów pewien człowiek, imieniem Nikodem, dostojnik żydowski. Ten przyszedł do Jezusa nocą i powiedział Mu: „Rabbi, wiemy, że od Boga przyszedłeś jako nauczyciel. Nikt bowiem nie mógłby czynić takich znaków, jakie Ty czynisz, gdyby Bóg nie był z nim”.
W odpowiedzi rzekł do niego Jezus: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć królestwa Bożego”.
Nikodem powiedział do Niego: „Jakżeż może się człowiek narodzić, będąc starcem? Czyż może powtórnie wejść do łona swej matki i narodzić się?”
Jezus odpowiedział: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego. To, co się z ciała narodziło, jest ciałem, a to, co się z Ducha narodziło, jest duchem. Nie dziw się, że powiedziałem ci: Trzeba wam się powtórnie narodzić. Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha”.

Komentarz: 

Nikodem przyszedł do Pana Jezusa w nocy. Z tego powodu w czasach komunistycznych Nikodemami nazywano tych katolików, którzy praktykowali swoją wiarę w ukryciu – jeździli na niedzielną Mszę do innej miejscowości, brali ślub i chrzcili dzieci na drugim końcu Polski. Były to takie dziwne czasy, że do niektórych zawodów i na niektóre stanowiska katolicy nie mieli dostępu lub mieli dostęp bardzo utrudniony.

W Kościele starożytnym Nikodema przedstawiano raczej jako prototyp katechumena. Przyszedł on bowiem do Pan Jezusa jako człowiek już wierzący, ale jeszcze nie wtajemniczony w wiarę. Już wierzy, że Pan Jezus jest Mesjaszem, ale jeszcze nie wie o tym, że On jest Zbawicielem, który prowadzi do życia wiecznego. Nikodem nic jeszcze nie wie o tym, że aby iść do życia wiecznego, trzeba się powtórnie narodzić przez chrzest.

Nocna pora, w której Nikodem przyszedł do Pana Jezusa, dobrze obrazuje tę jego sytuację, sytuację człowieka, który już uwierzył, ale jeszcze nie zaczął swojej drogi do życia wiecznego. W tamtym momencie Nikodem był jeszcze człowiekiem siedzącym w ciemnościach i w cieniu śmierci.

Osobiste spotkanie z Panem Jezusem było dla Nikodema wydarzeniem przełomowym w jego życiu. Świadczą o tym dwie następne o nim wzmianki, jakie znajdują się w Ewangelii. Mianowicie kiedy na posiedzeniu Sanhedrynu zaczęto bardzo źle mówić o Panu Jezusie, Nikodem miał odwagę przeciwstawić się tej atmosferze. Ewangelia notuje, że na to jego wystąpienie w Sanhedrynie zareagowano bardzo negatywnie (J 7,52).

Później Nikodem dostąpił tej łaski, że razem z Józefem z Arymatei zajął się pogrzebem Pana Jezusa. Do końca świata ludzie będą pamiętać o tym, że po śmierci Pana Jezusa ostatniej posługi wobec Zmarłego dopełnił właśnie Nikodem.
Trudno mieć wątpliwości, że odtąd już do końca jego życie rozjaśnione było światłem zmartwychwstałego Chrystusa i że Nikodem doszedł do życia wiecznego, o którym – jak słyszeliśmy w dzisiejszej Ewangelii – pouczał go Pan Jezus.

O. Jacek Salij OP

J 3, 7b-15

Jezus powiedział do Nikodema:
„Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci: Trzeba wam się powtórnie narodzić. Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha”.
W odpowiedzi rzekł do Niego Nikodem: „Jakżeż to się może stać?”
Odpowiadając na to rzekł mu Jezus: „Ty jesteś nauczycielem Izraela, a tego nie wiesz? Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci, że to mówimy, co wiemy, i o tym świadczymy, cośmy widzieli, a świadectwa naszego nie przyjmujecie. Jeżeli wam mówię o tym, co jest ziemskie, a nie wierzycie, to jakżeż uwierzycie temu, co wam powiem o sprawach niebieskich? I nikt nie wstąpił do nieba oprócz Tego, który z nieba zstąpił – Syna Człowieczego.
A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne”.

Komentarz: 

Właśnie w dzisiejszej Ewangelii znajduje się to jedyne zdanie, w którym Pan Jezus mówi o sobie w liczbie mnogiej: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci, że to mówimy, co wiemy, i o tym świadczymy, cośmy widzieli, a świadectwa naszego nie przyjmujecie”. Jest to plurale ecclesiasticum, Pan Jezus utożsamia się tutaj ze swoim Kościołem, bo wszędzie tam, gdzie jest prawdziwie głoszona Ewangelia, tam On sam ją głosi.

W Dziejach Apostolskich znajdziemy inny przykład takiego utożsamienia się Pana Jezusa ze swoim Kościołem. Mianowicie kiedy pod Damaszkiem Jezus zmartwychwstały zrzucił z konia prześladowcę chrześcijan, Szawła, nie zapytał go: „Dlaczego prześladujesz mój Kościół?”; ale: „Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz?” O utożsamieniu się Pana Jezusa ze swoim Kościołem mówią ponadto te teksty święte, w których Kościół jest przedstawiony jako Jego Ciało. W Nowym Testamencie Kościół pokazywany jest również jako Ukochana i Małżonka Chrystusa. Mówi się wyraźnie, że Pan Jezus swój Kościół kocha.

Modne w niektórych kręgach postawy dystansowania się wobec Kościoła są niewątpliwie niezgodne ze słowem Bożym. Niektórzy ludzie próbują rozróżnić wymiar duchowy Kościoła oraz Kościół jako instytucję. Otóż powiedzmy sobie wyraźnie: To sam Bóg stworzył nas takimi, że jesteśmy jednocześnie duchowi i cieleśni. Podobnie to sam Chrystus założył taki Kościół, że jest on jednocześnie duchowy i instytucjonalny.

Owszem, nasze ciała są ułomne, podlegają różnym słabościom i chorobom, ale przecież kiedy ciało zachoruje, tym więcej się o nie troszczymy. Dlaczego wobec tego w stosunku do instytucjonalnej strony Kościoła mamy pomysły zupełnie absurdalne. Instytucjonalność Kościoła jest to jakby jego ciało. A my od razu Kościołowi mamy za złe, że jego ciało — tak jak wszystkie ciała — podlega ułomnościom i chorobom, i zamiast tym więcej o to ciało się troszczyć i pomóc mu wrócić do zdrowia, my Kościół jako instytucję traktujemy tak, jakby to była jakaś narośl, którą trzeba usunąć.

Moje ciało jest w tej chwili słabe i trochę schorowane. Otóż w tej sytuacji, gdybyś ty chciał, żebym ja w ogóle nie miał ciała, znaczyłoby to, że ty chcesz, żebym ja nie żył. Spróbujmy zauważyć, że taka właśnie logika stoi za twierdzeniami, że Kościół jako instytucja jest czymś niepotrzebnym.

Wobec tak nieodpowiedzialnych twierdzeń, tym więcej trzeba przypominać te zdania Nowego Testamentu, w których Pan Jezus wręcz utożsamia się ze swoim Kościołem.

O. Jacek Salij OP

J 3, 13-17

Jezus powiedział do Nikodema: „Nikt nie wstąpił do nieba, oprócz Tego, który z nieba zstąpił, Syna Człowieczego. A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony”.

Komentarz:

Ciekawe, że na święto Podwyższenia Krzyża Świętego Kościół nie czyta nam Ewangelii, iż „jeśli kto chce pójść za Mną, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje”. Czyta nam dziś Kościół o tym epizodzie, w którym Pan Jezus porównuje się do węża na pustyni.

Ta wypowiedź Jezusa ewidentnie wskazuje na Jego Krzyż jako na Drzewo Życia. Epizod z miedzianym wężem na pustyni był bowiem tylko wydarzeniem proroczym, zapowiadającym, że Mesjasz i Zbawiciel dokona odwrotności tego, co się stało przy Drzewie Znajomości Dobra i Zła.

Ale przypomnijmy sobie te dwa wydarzenia starotestamentalne, naświetlające prawdę o Krzyżu Chrystusa jako Drzewie Życia. Symboliczny Wąż na symbolicznym Drzewie Znajomości Dobra i Zła to sam diabeł, któremu udało się wzbudzić w człowieku podejrzenie, że może Pan Bóg nie jest do końca nam życzliwy. Diabeł potrafił chytrze namówić człowieka do zerwania owocu z tego drzewa. Człowiekowi zaczęło się wydawać, że nie musi otwierać się na płynące z Boga zasady dobra i zła, że zasady te może ustalać sobie sam. Rzecz jasna, że musiało się to skończyć nieszczęściem. Świat budowany przez ludzi bez liczenia się z prawem Bożym musiał stać się światem nieludzkim, a ludzie musieli popaść w różnorodne nieszczęścia.

Plaga jadowitych węży na pustyni dobrze obrazuje konsekwencje, jakie sprowadzamy na siebie swoim odejściem od Bożego prawa. Jeśli w naszym życiu zaczyna królować kłamstwo, to — chcemy, czy nie chcemy — przestajemy sobie wzajemnie ufać. Jeśli w naszym społeczeństwie rozpusta zaczyna być uważana za coś normalnego, to — chcemy czy nie chcemy — rośnie, i to na skalę społeczną, niezdolność do prawdziwej miłości. Jeśli akceptujemy rozwody, to nie dziwmy się, że rozwód staje się najczęstszym sposobem rozwiązywania konfliktów małżeńskich. Jeśli całą naszą energię ładujemy w cele doczesne, to nie dziwmy się, że nasze dzieci nie widzą sensu życia. Oto są jadowite węże, które się pojawiły wskutek tego, żeśmy uwierzyli Wężowi w raju.

Kiedy plaga jadowitych węży spadła na lud Boży, Bóg kazał Mojżeszowi sporządzić węża miedzianego — każdy, kto spojrzał na tego węża był uratowany. Wydarzenie to zapowiadało Ukrzyżowanego Chrystusa. Kiedyś uwierzyliśmy lekkomyślnie Wężowi rajskiemu, teraz uwierzmy Chrystusowi, który jest mocniejszy od tamtego Węża. Uwierzmy, że sens naszego życia zależy od tego, czy uwierzymy w miłość, czy przykazania Boże będą ostateczną regułą naszego życia, czy zawierzymy siebie Bogu. Sens naszego życia zależy od tego, czy tak jak Chrystus zawierzymy siebie Przedwiecznemu Ojcu również wtedy, kiedy nasza droga będzie szła przez krzyż.

O. Jacek Salij OP

Komentarz:

Już Stary Testament prześwituje prawdą o Trójcy Świętej. Zwracał na to uwagę sam Pan Jezus, kiedy przypomniał Psalm 110: „Rzekł Pan do Pana mego: Siądź po mojej prawicy” — i zapytał: „Jeśli Dawid nazywa Go Panem, to jak może On być tylko jego synem?” (Mt 22,45). Jednak w Starym Testamencie prawdy o Trójcy Świętej jeszcze nie znano, bo nie była ona jeszcze objawiona wyraźnie.

Toteż nieraz nasuwa nam się pytanie: dlaczego tajemnicę swojej trójjedyności Bóg objawił dopiero w Nowym Testamencie? Bardzo znaną odpowiedź na to pytanie dał, żyjący w IV wieku, św. Grzegorz z Nazjanzu: „Bo takie są obyczaje naszego Boga, że najpierw udziela daru i dopiero potem nas o tym darze poucza”. Dzisiejsza Ewangelia potwierdza prawdziwość tego spostrzeżenia: „Tak Bóg umiłował świat, że dał nam Syna swego Jednorodzonego”. Najpierw Syn Boży stał się człowiekiem i dopiero — już obdarzeni tym niepojętym Darem — zaczęliśmy rozpoznawać w Nim Syna Bożego. I zaczęliśmy otwierać się na tę prawdę, że jest On równy Bogu i że przez Niego cały wszechświat został stworzony. I zaczęliśmy rozumieć, że „On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem”, lecz tak nas umiłował, że „ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi” (Flp 2,6).

W świetle tej logiki Bożego objawienia staje się jasne, dlaczego w Kościele — choć prawda Trójcy Świętej jest tajemnicą przekraczającą nas wszystkich — jedni zanurzają się w niej jak w życiodajnym oceanie, a dla drugich jest to prawda kompletnie niezrozumiała i niedostępna. Po prostu żeby cokolwiek zrozumieć z tej tajemnicy, trzeba najpierw naprawdę pokochać Pana Jezusa, i otwierać się na moc Ducha Świętego, i przemieniać swoje życie w drogę do Przedwiecznego Ojca. Bo po to właśnie Ojciec umiłował nas i dał nam własnego Syna, ażeby Boża Miłość ogarnęła nas na życie wieczne.

Ktoś może się zdziwić, dlaczego na dzisiejszą uroczystość Trójcy Świętej Kościół czyta nam Ewangelię, w której w ogóle nie wspomina się o Duchu Świętym. Przecież bez trudu można by znaleźć w Ewangeliach takie fragmenty, w którym wspomniane są wszystkie trzy Osoby Boskie.
Zauważmy jednak, że właśnie dzisiejsza Ewangelia bardzo wiele mówi również o Duchu Świętym, mimo że słowami o Nim nie wspomina. Duch Święty jest obecny w tych niezliczonych tekstach ewangelicznych, które mówią o relacjach między Przedwiecznym Ojcem i Jego Jednorodzonym Synem. Przecież jest On osobową Miłością Ojca i Syna. Duchem Świętym, który jest równym Im Obu Bogiem prawdziwym, Ojciec kocha Syna, i tym samym Duchem Świętym Syn kocha Ojca. I pomyśleć, że tym samym Duchem Świętym Ojciec i Syn kochają nas. Co więcej, Duch Święty zsyłany jest w serca nasze!

O. Jacek Salij OP

J 3,22-24

Potem Jezus i uczniowie Jego udali się do ziemi judzkiej. Tam z nimi przebywał i udzielał chrztu. Także i Jan był w Ainon, w pobliżu Salim, udzielając chrztu, ponieważ było tam wiele wody. I przychodzili (tam) ludzie i przyjmowali chrzest. Nie wtrącono bowiem jeszcze Jana do więzienia.

Komentarz:

Wywyższenie się nad innych niszczy miłość nawet między zwyczajnymi ludźmi. Dlatego Pan Jezus przypominał swoim uczniom, że „kto by między wami chciał się stać się wielkim, niech będzie waszym sługą, a kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem waszym” (Mt 20, 26 n).

Umiejętność radowania się, że kogoś spotyka dobro i że ktoś osiągnął więcej niż ja, jest ważnym znakiem, iż żyjemy w duchu Ewangelii. Pan Jezus dał nam przykład postawy jeszcze trudniejszej: rezygnowania ze swego dla dobra tych, których się kocha. „Nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15, 13).

Jednak w postawie Jana Chrzciciela chodzi o coś innego: Jan rozpoznał w Jezusie Mesjasza, który przyszedł do ludu Bożego jak Oblubieniec do Oblubienicy. Otóż człowiek, choćby mu się wydawało, że służy sprawie Bożej, staje się szkodnikiem, jeśli w tej służbie szuka siebie.
Trzeba być przezroczystym na Boga, żeby naprawdę mu służyć. Tylko wtedy nasza służba jest autentyczna, kiedy naprawdę chodzi nam o to, żeby Bóg, i tylko Bóg, był uwielbiony. W służbie Bożej trzeba mieć nastawienie Jana Chrzciciela: „On ma wzrastać, a ja się umniejszać”.

O. Jacek Salij OP

J 3,31-36

Jezus powiedział do Nikodema: „Kto przychodzi z wysoka, panuje nad wszystkimi, a kto z ziemi pochodzi, należy do ziemi i po ziemsku przemawia. Kto z nieba pochodzi, Ten jest ponad wszystkim. Świadczy On o tym, co widział i słyszał, a świadectwa Jego nikt nie przyjmuje. Kto przyjął Jego świadectwo, wyraźnie potwierdził, że Bóg jest prawdomówny. Ten bowiem, kogo Bóg posłał, mówi słowa Boże: a z niezmierzonej obfitości udziela mu Ducha. Ojciec miłuje Syna i wszystko oddał w Jego ręce. Kto wierzy w Syna, ma życie wieczne; kto zaś nie wierzy Synowi, nie ujrzy życia, lecz grozi mu gniew Boży”.

Komentarz:

Przypomnę kontekst dzisiejszej Ewangelii. Uczniowie Jana Chrzciciela zaczęli się żalić swojemu Mistrzowi, że Jezus zdobywa coraz więcej popularności. Widzieli w Jezusie tylko jednego z wielu duchowych nauczycieli i ogarnęła ich zazdrość, że do Jezusa przychodzi więcej ludzi niż do ich mistrza.

Jan Chrzciciel właśnie wtedy wypowiedział słynne słowa, że on jest tylko przyjacielem Oblubieńca, że właśnie Jezus jest Oblubieńcem, ktуry przyszedł poślubić Oblubienicę, czyli zbawioną ludzkość. Jan Chrzciciel reaguje jak prawdziwy sługa Boży. Nie ma w nim nawet odrobiny egocentryzmu. On jest w najwyższym stopniu uradowany tym, że zbawienie ludzkości już nadchodzi. A to, że ludzie przechodzą od niego do Jezusa, to bardzo dobrze — powiada Jan Chrzciciel. Tak właśnie ma być: to Jezus ma wzrastać, a ja się umniejszać.

Dzisiejsza Ewangelia jest komentarzem Ewangelisty do tej sceny. Jan Chrzciciel — powiada Ewangelista — jest wprawdzie wielkim mistrzem duchowym, ale tylko człowiekiem. On „pochodzi z ziemi, należy do ziemi i po ziemsku przemawia”. Natomiast Jezusa nie da się porównać nawet z największymi prorokami. Jezus przyszedł do nas z nieba i jest ponad wszystkim. On jeden jest świadkiem swojego Przedwiecznego Ojca w jedynym tego słowa znaczeniu. Jemu i tylko Jemu Ojciec Przedwieczny powierzył całe swoje stworzenie, „wszystko oddał w Jego ręce”.
 Dopiero w perspektywie tej prawdy o Jezusie nabierają właściwego sensu słowa z dzisiejszej Ewangelii, które niewątpliwie nie są pogróżką, tylko słowami Bożej miłości: „Kto wierzy w Syna, ma życie wieczne, kto zaś nie wierzy Synowi, nie ujrzy życia”. Podobnie jest wtedy, kiedy się topisz: jeśli nie zawierzysz siebie swojemu ratownikowi, to się utopisz; podobnie kiedy znalazłeś się w środku pożaru, jeśli nie zawierzysz strażakowi, to zginiesz.

Nasza sytuacja oddalenia od Boga prowadzi do śmierci. Syn Boży po to do nas przyszedł, żeby nas przyprowadzić do swojego Ojca. Dlatego kto wierzy w Syna, ma życie wieczne.

O. Jacek Salij OP